Powiedziała, że ​​mnie kocha i że ona mnie kocha nie

Witam, Drogie forumowiczki i forumowicze. Czytając szereg tematów na forum, z różnych kategorii „ona nie kocha”, „odeszła ode mnie”, „czy wróci” itp. doszedłem do wniosku, że chciałbym przedstawić swoją historię i poprosić o obiektywne rzucenie okiem osób stojących „z boku”. Witam. Nie wiem czy to coś da, nie wiem czy warto jeszcze, nie wiem co zrobić. Z moją żoną jesteśmy razem ponad 8 lat, od 9 miesięcy jesteśmy małżeństwem, mamy 5 letnią córkę. Od jakiegoś czasu była dla mnie zimna, oschła, więc zapytałem o co chodzi. I ona pękła. Powiedziała, że mnie nie kocha, ż... Dziewczyna powiedziała ze mnie nie kocha ? poznałem pewna dziewczyna ma 15 lat ja mam 16 , zakochałem sie w niej gadamy , na fb tez , i ona jest taka piękna i jej charakter , dzisiaj powiedziałem jej ze ją kocham , a ona ze mnie nie , załamałem się , nie wiem co zrobic czy dać sobie spokoj czy walczyć o nią . Marilyn Monroe powiedziała: 'Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie. Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia. Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza.' I tego się trzymaj! Jest dla mnie bardzo uczuciowa, tuli się, pisze ze tęskni, dotyka mnie ale nigdy nie powiedziała że mnie kocha tylko że jej zależy. Z drugiej strony wewnętrznie czuje że ona mnie oszukuje ... Powiedziała że mnie kocha. Mam taki problem, dziewczyna powiedziała że mnie kocha, i ja też coś do niej czuje, nie jesteśmy parą, ale chcę z nią być problemem dla mnie jest nasz wiek Ja mam 15 lat ona tylko 12 i to mnie właśnie onieśmiela, podpowiecie czy mam się przejmować wiekiem czy nie.

Pasta o Julce

2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.04.19 08:19 SoleWanderer Czego chce Bóg od mojej żony, czyli psychoterapia na parafii

http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23263693,wspolnota-sychar-czego-chce-bog-od-mojej-zony-czyli.html
Psychoterapeutka z katolickiej Wspólnoty Trudnych Małżeństw "Sychar" kazała Marcie odizolować się od męża, matki i dzieci. Jest ich trzech. Mieszkają w Lublinie. Są w podobnym wieku. Małżeństwa również mają podobne. Co miesiąc spotykają się w knajpie i żalą się na swoje żony.
Paweł: – Oświadczyła, że od tej pory każdy wytrysk będzie się kończył w pochwie, bo tak chce Bóg.
Wiktor: – U nas nawalił kalendarzyk małżeński. Ale teraz jestem przekonany, że to ona przy nim majstrowała.
Adam: – A my ze sobą nie śpimy. Myślę nieraz wieczorem, że jeżeli choć przez sekundę będzie dla mnie miła, to przyjdę do sypialni. Od dwóch lat nie przychodzę.
Paweł: – Nasze żony należą do Sychar.
Adam: – Moja w sobotę wróciła ze spotkania po 21.30.
Wiktor: – Tak, o 21.54 wysłałeś mi SMS-a, że dopiero wróciła.
Referat Wspólnota Trudnych Małżeństw „Sychar” to ruch katolicki, który powstał u księży pallotynów w Warszawie w 2003 roku. Dziś spotkania odbywają się przy kilkudziesięciu parafiach w całym kraju. Przychodzą kobiety, rzadziej mężczyźni. Wszyscy uważają, że ich małżeństwo przeżywa trudności bądź już się rozpadło. W Lublinie spotykają się przy kościele na obrzeżach miasta.
Przyszło 15 osób. Składamy ręce do modlitwy. Po modlitwie siadamy przy stole, przed nami ciastka, herbata, kawa. Liderka grupy Dagmara rozpoczyna godzinę świadectw. Kto chce, może opowiedzieć o swoim małżeństwie.
Dla Iwony życie stało się piekłem, bo mąż wpada w furię, kiedy widzi, że ona się modli.
Dla Elizy rozwód jest bolesną raną, mimo że rozstała się z mężem dziesięć lat temu. Do tego dorastający syn zagroził jej teraz, że wyprowadzi się do ojca.
Dla Rafała (sześć lat po rozwodzie) niezrozumiałe jest, że żona znowu zmieniła partnera. Martwi się o jej zbawienie.
– Dziękuję za świadectwa. Poproszę teraz Anię o wygłoszenie referatu – mówi liderka Dagmara.
Ania ma referat o sakramencie pokuty. Zachęca, by nie rezygnować z książeczki do Pierwszej Komunii Świętej, gdzie jest dobrze poprowadzony rachunek sumienia. Zachęca również do częstej spowiedzi, przynajmniej raz w miesiącu, bo według badań czyści jesteśmy do siódmego dnia po spowiedzi.
– Czy macie jakieś przemyślenia dotyczące referatu? – pyta Dagmara.
Irena ma przemyślenie. Uważa, że Kościół błądzi, organizując duszpasterstwo dla osób w związkach niesakramentalnych Przykład idzie z niemieckiego Kościoła i niepotrzebnie ulega mu polski Kościół. Niejasny w tej kwestii jest papież Franciszek, za którego trzeba się modlić.
Barbara również ma przemyślenie. Mówi, że trzeba się modlić za spowiedników, bo bywa, że nie mają racji. Jej kazał dać wolność mężowi, który rozwiódł się z nią sześć lat temu. Ale ona nie może dać mu wolności, skoro ślubowała przed Bogiem, że nie opuści go aż do śmierci. Dlatego dzwoni do niego, wysyła SMS-y, choć on jest w nowym związku.
Ale Sychar zna historie, gdy kościelni małżonkowie porzucają nowe związki i wracają do siebie po latach. Na stronie internetowej wspólnoty czytam list Anny, która wróciła do męża: „Przez 13 lat żyłam w związku niesakramentalnym, w którym urodziło się troje dzieci: Ola (13 lat), Emilia (8 lat), Leon (6 lat). Moje nawrócenie zaowocowało poczuciem nieustannej opieki Boga i Jego prowadzenia. Po dwóch latach od mojego rozstania z ojcem dzieci mogę powiedzieć, że wszystkie trudności, których obawiałam się w związku z dziećmi, właściwie nie pojawiły się. (…) Odkąd jestem z mężem sakramentalnym, najstarsza córka uspokoiła się, jest dużo weselszym i bardziej otwartym dzieckiem. (…) Obawiałam się, że dzieci będą mnie winić za oddalenie od taty, ponieważ to ja zadecydowałam o odejściu od partnera”.
Kalendarzyk Dla Pawła comiesięczne spotkania w knajpie z Adamem i Wiktorem są jak terapia. Lubi się wygadać. Ma 36 lat, jest barczysty, silny. Ale kiedy mówi kolegom o żonie, ma łzy w oczach.
Mogłoby się wydawać, że Paweł osiągnął spełnienie. Poślubił cudowną kobietę, urodziły się dzieci, prowadzi firmę, stać go na wyjazd z rodziną do spa i jeszcze na zabranie teściowej, by wieczorami zajmowała się wnukami. Jego żona Marta dba o siebie. Chodzi nawet na siłownię. Jest towarzyska. Nie pracuje. I tak ma co robić w domu z dwójką dzieci. Ale to zawężenie wywołało u niej znudzenie. Odmiany szuka w Kościele. Zaczyna od Odnowy w Duchu Świętym.
– Ani przed, ani po ślubie nie chodziliśmy co niedzielę do kościoła. A tu nagle żona wychodzi w tygodniu na spotkania modlitewne. Zdziwiło mnie to, ale nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mi również, gdy wprowadziła modlitwę przed snem. Siedzieliśmy na łóżku, otwierała Pismo Święte i kazała mi czytać na głos słowo Pana.
Ale Marcie przeszkadza, że Paweł w sobotę wypija dwa piwa. Kłócą się o to – on podnosi głos, ona wzywa policję. Mówi mu: „Teraz wypijasz dwa, później będziesz pił dziesięć. To grzech zniewolenia!”. Przeszkadza jej także, że nie chodzi z nią na Odnowę w Duchu Świętym. Skarży się nowym przyjaciółkom. Doradzają, że skoro ma takie problemy, to powinna pójść do Sychar.
Po kilku tygodniach w Sychar Marta wciąż nie pozwala Pawłowi pić piwa i wymaga pacierza wieczornego. A pigułki antykoncepcyjne zastępuje kalendarzykiem małżeńskim.
– Nie poinformowała mnie, że przerzuciła się na kalendarzyk. Źle go prowadziła i zaszła w trzecią ciążę. Tłumaczyła, że Bóg chce, żeby rodziła więcej dzieci. Ale ja nie chciałem.
Izolowanie Marta stawia w Sychar 12 kroków.
– 12 kroków to program terapeutyczny używany w pracy z alkoholikami. Ale i w kryzysach małżeńskich – mówi Paweł.
Marta co tydzień w kilkuosobowej grupie skarży się na problemy rodzinne i słabą wiarę męża. Prowadząca grupę 12 kroków psychoterapeutka Beata T. proponuje jej dodatkową terapię w swoim gabinecie.
– Żona poprosiła, bym z nią poszedł. Poszedłem. Psychoterapeutka zapraszała mnie także na warsztaty 12 kroków. Nawet dostałem od niej przepisany ręcznie psalm i książkę „Czym miłość nie jest”. Na warsztaty się nie zgodziłem, na terapię w jej gabinecie – owszem. Nie wytrzymałem, kiedy zaczęła wiercić w moim dzieciństwie. Powiedziała, że powinienem się odciąć od rodziców, bo zrobili mi krzywdę. A krzywdą było to, że ojciec wyjechał na dwa lata do pracy w ZSRR, zaś mama czasami zostawiała mnie u babci pod Lublinem, bo sama też harowała. Psychoterapeutka wparła mi, że rodzice mnie opuścili. Nie dawało mi to spokoju, pojechałem do nich: „Słuchajcie, jak to było, kiedy miałem sześć lat?”. Biedni rodzice musieli mi się tłumaczyć, dlaczego tak harowali. Przestałem chodzić do Beaty T. Żona nie przestała. Psychoterapeutka zasugerowała jej, żeby mnie odizolowała.
Odnowa Paweł wraca z pracy. W przedpokoju zastaje walizki, żonę i zmieszane dzieci. Spodziewał się, że pewnego dnia Marta go spakuje, bo pisała mu o tym w listach, ale nie spodziewał się, że tak szybko. Pisała też, że wszystkie ich kłopoty biorą się stąd, że Paweł nie chce się poddać działaniu Boga. Tym poddaniem miały być między innymi regularne wizyty u psychoterapeutki Beaty.
Paweł siedzi wieczorami w wynajętym mieszkaniu i zastanawia się, jak dorównać rozmodlonej żonie Czy wystarczy, jeśli pójdzie w wakacje na pielgrzymkę do Częstochowy?
Czy wystarczy, jeśli codziennie będzie czytał synom Biblię?
Czy wystarczy, jeśli co drugi dzień będzie chodził na mszę?
Czy będzie dojrzalszym katolikiem, jeśli zapisze się do męskiej róży różańcowej?
Dlaczego nie wystarczy tylko to, że tak bardzo kocha żonę?
Zapisuje się do Odnowy w Duchu Świętym. Ale nie podoba mu się wspólna modlitwa, podczas której niektórzy padają na podłogę pod ciężarem zstępującego Ducha Świętego albo w przypływie bożej mocy mówią w dziwnym języku. Przestaje tam chodzić. Marta na to: „Jak ja mogę ci zaufać, skoro znowu zawiodłeś Boga?”. Więc Paweł nadal wynajmuje mieszkanie i zastanawia się, czy kiedykolwiek wystarczająco uwierzy, przez co spodoba się żonie.
Paweł: – Żona mówi mi, że zdaje sobie sprawę, że stawia mnie w trudnej sytuacji. Ale dzięki temu po śmierci staniemy jako jedno przed Bogiem. Jednak mnie bardziej interesuje to, co tu i teraz. Bo tu i teraz moi synowie tęsknią za mną. Zawożę ich do szkoły i odbieram, a później znikam. Jak opiekunka do dzieci.
Matka Grażyna, matka Marty, pracowała w biznesie i pewnie dlatego jest konkretna. Tak konkretna, że zadzwoniła do psychoterapeutki i zapytała, jak przebiega terapia. – Pani Beata odpowiedziała, że nie może mi udzielać takich informacji. Powiedziałam więc, żeby mi nic nie mówiła, za to ja jej powiem, jak wygląda sytuacja. Kiedy skończyłam, doradziła, bym odizolowała się od córki. Oczywiście, że jej nie posłuchałam.
Z moją Martą było coraz gorzej. Im częściej chodziła na terapię, tym więcej mówiła o boskim planie i konieczności separacji z Pawłem. Znowu skontaktowałam się z panią Beatą. Tym razem napisałam SMS-a, że jeśli w mojej rodzinie dojdzie do tragedii, to pociągnę ją do odpowiedzialności. Szybko oddzwoniła. Najpierw zapytałam ją, czy bierze odpowiedzialność za moją córkę, która jest teraz na lekach antydepresyjnych i zostaje sama z trójką dzieci, bo ona kazała jej odizolować męża. Odpowiedziała, że nie każe, tylko sugeruje. Wygarnęłam jej, że nabija sobie kasę warsztatami 12 kroków. Tłumaczyła mi, że warsztaty są za darmo, jest tylko dobrowolna ofiara 20 złotych. Na to ja: „Pani wyławia na warsztatach ludzi do swojego prywatnego gabinetu. Bulą 100 złotych za 50 minut spotkania”. Zapytałam jeszcze, czy wie, że jeżeli pacjent nie dokonuje samodzielnych wyborów, tylko uzależnia się od psychoterapeuty, to powinien zostać przekierowany do kogoś innego. Po tym dopiero obiecała, że skończy terapię Marty.
Na koniec zapytała, czy może pokazać córce SMS-a ode mnie. Na to już nie wytrzymałam i podniosłam głos: „Czy pani do końca zwariowała?!”. Grażyna po tej rozmowie idzie do proboszcza parafii, który udostępnia salkę dla 12 kroków. Proboszcz jest zdziwiony, bo myślał, że tam są spotkania modlitewne Sychar, a nie warsztaty terapeutyczne. Napisała też maila do kurii lubelskiej. Sekretarka odpisała, że mail „poszedł dalej”, i na tym kontakt z kurią się urwał.
– Córka nawraca nie tylko zięcia, ale i całą rodzinę. Mnie szantażuje, że pójdę do piekła, jeśli nie przebaczę jej ojcu, z którym rozwiodłam się lata temu. Jest alkoholikiem, pije wszystko, co znajdzie. Nie mamy kontaktu, a córka wymaga, żebym się nim teraz zajęła. Nawraca też starszą siostrę, krytykuje ją, że jest letnim katolikiem. Ściągnęła do Sychar rozwiedzioną koleżankę. Jadą w weekend na rekolekcje do Motycza pod Lublinem. Mówię jej: „Zróbże Pawłowi słoiki z zupą dla dzieci, nie będzie cię cały weekend”. A ona: „To pójdą do garmażerki”. Nie dziwi mnie, że nie ma czasu zrobić jedzenia, skoro całymi dniami kontempluje. Przychodzę do mieszkania, dzieci w przedszkolu, najmłodsze śpi, okna zasłonięte, palą się świeczki, na stole leży Biblia, ona kontempluje Słowo Boże. Mówi, że chce zostać misjonarką, bo taki jest boski plan. I co, zostawi dzieci? Nie mam pojęcia, jaki Bóg w niej siedzi.
Paweł: – Raz chce być misjonarką, innym razem matką. Mówię: „Dobrze, ja wracam do mieszkania, przejmuję opiekę nad dziećmi, a ty jedź w świat na misje”. Nie wiem, gdzie miałaby pojechać, bo nie mówi konkretnie. Chyba chciałaby kiedyś prowadzić warsztaty 12 kroków. Raz się zgodziła, abym przejął opiekę nad dziećmi. Ale kiedy przyniosłem papiery do podpisania, rozpłakała się i nie podpisała. Powiedziała, że psychoterapeutka Beata każe jej oddać dzieci.
Rekolekcje Do Motycza pod Lublinem przyjechali porzuceni, w separacji, rozwiedzeni. Zakwaterowanie jest w Centrum Dobrego Wychowania fundacji Szczęśliwe Dzieciństwo. Wcześniej na stronie internetowej Sychar pojawiła się informacja: „Ponieważ rekolekcje cieszą się dużym zainteresowaniem, a liczba miejsc jest ograniczona (50 osób), chcemy dać szansę na udział w nich przede wszystkim osobom dorosłym. Dlatego nie przyjmujemy zgłoszeń osób z dziećmi (mimo takiej opcji w formularzu zgłoszeniowym)”.
Paweł: – Teściowa została z dziećmi, ja pojechałem tam w niedzielę na godzinę świadectw. Powiedziałem, że jeśli Bóg wyrzuca z domu męża i ojca małych dzieci, to ja nie wierzę w takiego Boga. Wtedy żona z płaczem wykrztusiła, że nie wiedziała, że aż tak ją kocham. Jednak dwa dni później wszystko wróciło do normy i żona uważa, że jestem wielkim manipulatorem.
Mam jej książkę z ćwiczeniami z 12 kroków. Przerażają mnie zapiski: „Walczę o nawrócenie męża”, „Trzeba wszystko zburzyć, by on się nawrócił”. Boję się, że żona zrobi krzywdę sobie i dzieciom. W tych ćwiczeniach jest pytanie: czy jesteś w stanie wszystko oddać Bogu? A ja mam pytanie: czy Sychar to na pewno boski plan?
Sieci Opis kilku spotkań na stronie internetowej lubelskiej Sychar:
„Po krótkiej modlitwie, przypomnieniu charyzmatu Wspólnoty oraz kręgu świadectw Iwonka przedstawiła temat Z uśmiechem ci do twarzy opierając się na słowach zaczerpniętych od świętych-uśmiechniętych”.
„Nikt nowy się nie pojawił (...), w spotkaniu wzięło udział tylko 6 osób: Anetka, Kasia, Bożenka, Ania, Krzysztof i Sławek. Było bardzo kameralnie. Ania przeczytała świadectwo porzuconej żony (…). Świadectwo sprowokowało nas do dyskusji na temat działań Boga w naszym życiu. Oficjalne spotkanie zakończyliśmy modlitwą i… poszliśmy wspólnie do lodziarni na deptak”.
„Po krótkiej modlitwie, przedstawieniu charyzmatu Wspólnoty oraz wysłuchaniu pięknych i poruszających świadectw Małgosia przedstawiła temat: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi” w oparciu o Ewangelię św. Mateusza (Mt 4, 18-22). Rozmawialiśmy m.in. o tym (…), czy zarzucamy sieci w naszych małżeństwach i rodzinach, czy mamy cierpliwość do naprawiania sieci i cierpliwość do osób zanurzonych w głębinach, pogubionych”.
„W Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej w Kodniu miały miejsce X Rekolekcje (…). Po śniadaniu i kawusi byliśmy gotowi na przyjęcie pierwszej dawki strawy duchowej. (…) Składamy z serca płynące podziękowania (…) psycholog Beatce za interesujący wykład i długie godziny spędzone na rozmowach z potrzebującymi”.
Słowo Dzwonię do żony Pawła Marty. Zgadza się na spotkanie i rozmowę, ale następnego dnia odmawia. Wysyła SMS-a: „Proszę mi powiedzieć, jakie są pana wartości w życiu? Co jest dla pana najważniejsze?”. Odpisuję: „Myślę, że to rozmowy nie na SMS-y”. Znowu Marta: „Jedno słowo. Po tym będę wiedziała, czy pan zrozumie, co będę mówić i czy w ogóle jest sens”. Ja: „Żyć tak, by się później nie wstydzić”. Marta: „Nie zrozumiemy się”. Może liczyła, że napiszę „Bóg”?
Dzwonię do psychoterapeutki Beaty T. Nie odbiera. Wysyłam SMS-a. Nie odpisuje. W latach 2002-14 była adiunktem w Instytucie Psychologii UMCS w Lublinie. Prowadzi prywatnie terapię indywidualną i małżeńską. Na stronie internetowej swojego gabinetu pokazuje dyplom doktora obroniony w 2002 roku na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. Tytuł pracy doktorskiej: „Poziom postawy twórczej w okresie adolescencji a percepcja ekspresji emocjonalnej w muzyce”. Chwali się także licencjatem psychoterapeuty zrobionym w 1999 roku w Collegium Psychotherapeuticum w Lublinie (jest mało znane w środowisku psychoterapeutów i prawdopodobnie już nie istnieje).
Aby sprawdzić metody doktor Beaty T., umawiam się na wizytę jako mąż niezrozumiany przez żonę. Wysyłam SMS-a, od razu odpisuje. Podaje termin i cennik – 100 złotych za 50 minut.
Gabinet jest na nowym osiedlu w Lublinie. Beata T. zaprasza do salonu. Udaję męża, który chce wychować po katolicku dzieci, sprzeciwia się temu żona. Psychoterapeutka radzi mi, abym uczył dzieci modlitwy pod nieobecność żony, na przykład, gdy jest w pracy lub na zakupach.
Dopuszcza, że jedną z metod naprawy naszego związku może być moja lub jej wyprowadzka. Spotkanie ma charakter zapoznawczy. Zaprasza mnie na następne, podczas którego będziemy się zastanawiać, jak uzdrowić relacje z małżonką i wychowywać po katolicku dzieci. Znów dzwonię do Beaty T., aby porozmawiać z nią, już jako dziennikarz, o jej metodach terapii i przyznać się do prowokacji. Nie odbiera. Piszę jej o tym wszystkim w SMS-ie i w mailu. Nie odpisuje.
O komentarz do sprawy proszę kurię diecezjalną. Odpisuje ks. Adam Jaszcz: „W ciągu całej historii Sychar w archidiecezji lubelskiej przyjęliśmy w związku z działalnością tej wspólnoty jedną skargę: od męża i matki dorosłej kobiety, która podjęła terapię wbrew innym członkom rodziny. Według tych osób problemy domowe spowodowała terapia. Z jakiegoś jednak powodu kobieta szukała pomocy u psychologa i były to właśnie kłopoty małżeńskie. W takich sytuacjach niezwykle rzadko wina leży po jednej stronie. Kuria zwróciła się jednak z prośbą o wyjaśnienia do asystenta wspólnoty Sychar w archidiecezji lubelskiej, który w imieniu arcybiskupa sprawuje pieczę nad wspólnotą. Jest to ksiądz pracujący w Katedrze Psychologii Klinicznej KUL, więc posiada wszelkie potrzebne kompetencje do oceny sytuacji. Wyjaśnienia uznajemy za wystarczające”. O te same wyjaśnienia chcę spytać asystenta lubelskiego Sychar księdza Pawła Brudka. Nie zgadza się na rozmowę. Pytania mam kierować do ogólnopolskiego rzecznika Sychar. Ale przecież to lubelski asystent może coś wiedzieć o problemach Pawła i Marty i pracy psychoterapeutki Beaty T.
Piekło Paweł, Wiktor i Adam cenią sobie te comiesięczne spotkania w knajpie. Mogą się wygadać. Liczą, że dołączy do nich więcej mężów.
Adam: – To, co słyszę od Pawła i Wiktora, to jeden schemat, jeden nauczyciel.
Wiktor: – Mamy dwoje dzieci. Prawie 20-letni staż małżeński. Oboje mamy mocne charaktery. Ale się dogadywaliśmy. Póki nie poszła do Sychar. Nie poznaję jej. Pozbyła się niewierzących koleżanek, nawet tych, z którymi przyjaźniła się od liceum. Mnie zarzuca, że jestem bezbożnikiem. Krzyczała do mojej mamy, że mnie zniszczy, bo nie żyję w łasce uświęcającej.
Zabroniła mi odwiedzać rodziców, bo Bóg powiedział: „Opuści człowiek matkę swoją i ojca swego”. Ale ma pretensje, gdy nie jadę do jej rodziców. Kłamstwo przychodzi jej łatwo. Mówi, że jedzie do lekarza, a chwilę później widzę ją w kawiarni z koleżankami ze wspólnoty. Mówi, że jedzie do koleżanki, a chwilę później widzę, jak się włóczy po mieście z kolegą ze wspólnoty.
We wspólnocie jest starsza kobieta, która uczy prowadzić kalendarzyk małżeński. Żona zaszła w ciążę, nie informując mnie, że przestała brać środki antykoncepcyjne. Teraz urodziła dziecko, więc nie chodzi na Sychar. Dzięki temu wróciła moja dawna małżonka.
Paweł: – Patrzę dziś na Kościół jako na instytucję, która odebrała mi Martę. Przecież nie muszę być nawet wierzący by być jej kochającym mężem. Znam szczęśliwe mieszane małżeństwa – on jest ateistą, ona praktykującą katoliczką; ona jest muzułmanką, on jest katolikiem.
Adam: – Zawsze uważałem, że rodzinne problemy trzeba rozwiązywać w domu. Ale to mnie przerosło. Żona oskarża mnie, że mam romans z koleżanką z pracy, że wyprowadzam pieniądze z domu, że oglądam pornografię. Piekło zaczęło się, gdy poszła do Sychar. Te osoby nawzajem się nakręcają, rysują wizję idealnego męża czy idealnej żony. A kiedy nie mieszczą się w tej katolickiej idealności, w domu zaczyna się piekło.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.10.13 17:17 ben13022 "Ja bym radziła rodzić." Kobiety ze wsi o aborcji i czarnym proteście.

Widzę w telewizji: wszyscy na czarno idą, krzyczą, deszcz leje. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać. Na wsiach nie wszyscy słyszeli o czarnym proteście. Kobiety zapewniają, że żadnej ciąży by nie usunęły. Ale nikomu swojej decyzji nie chcą narzucać. Proszą, by zabieganym kobietom z miasta przekazać wiadomość: zastanówcie się dwa razy, zanim podejmiecie decyzję.
Jak nie dzieci, to co?
Beata ma 28 lat, troje dzieci. Nie pracuje, zajmuje się dziećmi i domem.
Beata: - Mąż wiadomości oglądał. Tak tylko w telewizor spojrzałam, bo wszystko nie poprane, nie pomyte. A tu wszyscy na czarno, idą, krzyczą, deszcz leje, a ludzie zawzięci. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać.
W życiu to ja generalnie poszłam za mężem. Wiedział, czego chce. Mówił, że rodziny, dzieci i domu. A ja chciałam dzieci mieć, nawet czworo. I pomyślałam: on pracę ma, na cementowni, przy maszynach. Wiadomo, zarobi. Jego mama blisko, siostra jego tu mieszka. W razie czego pomoc będzie. Potem sobie policzyłam: dom będzie po rodzicach, duży, jest działki kawałek. To się ułoży.
Mnie nie ciągnęło do chłopaków. Ale dzieci zawsze chciałam. Mama opowiadała, że ledwo sama chodziłam, a już wózek z lalką chciałam pchać. Kobietę ciągnie do opieki.
Nigdy nie byłam jakaś taka, no, urodziwa. Ani dobrych ocen nie miałam. Pieniędzy też nie miałam w domu. Nic nie umiałam. Tyle że ugotowałam. Mamie pomogłam. No normalna dziewczyna. Zwykła. Do czego ja bym była potrzebna? Na co komu? Co ja mogłam chcieć? Ojciec się zapił na śmierć. To ja ojca chyba szukałam. Nie dla siebie. Dla swoich dzieci. Chciałam dzieciom dać ojca. Tak dziś to widzę.
Kim ja bym bez tych dzieci była? Nikim. Mnie by nie było. Gdyby nie dzieci, nie miałabym po co żyć.
Nigdy nie pomyślałam o aborcji. Jak te kobiety szły, to ja się zastanawiałam: na co im to życie? Czego one chcą, dorosłe kobiety, jak nie dzieci, to co? Co one w życiu robią? Jak facetowi się odwidzi i do innej pójdzie, to co one zrobią? Same zostaną. To dopiero tragedia. Mnie samej by się tak przykrzyło, że nie chciałabym żyć. Jak czasem sama w domu pobędę, to już mi się płakać chce. Nie wiem czemu. Jak dzieci są, to się nie ma czasu na takie tam.
Gdyby mi ktoś zrobił krzywdę, znaczy zgwałcił, tobym urodziła. Każdego trzeba kochać. Mnie ojciec nie kochał, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek trzeźwy był. Pasem dostałam nie raz. On by pewnie wolał, żeby mnie na świecie nie było. Nieraz krzyczał, że my - ja z bratem - za przeproszeniem, "mamy wypierdalać", bo nikt nas nie chciał. Albo mówił do mnie: "I na co się toto urodziło?". No i ja bym miała być taka?
Ja powiem jak kobieta do kobiety: chłop każdy sobie pójdzie. Tak się wydaje, że oni kochają. Ale oni kochają tylko przed. Jak już dostaną, co chcieli - wie pani, o co mi chodzi - to każdy by poszedł w swoją stronę. Rację mam? A dziecko się nie odwróci od matki. Każdy się odwróci, ale dziecko od matki nigdy.
Gdyby dziecko było chore, urodziłabym. Gdyby miało żyć tylko chwilę, też bym urodziła. Natura sama zrobi swoje. Ale zabijać, bo jest chore? Przecież ciągle lekarze wymyślają nowe leki. I gdyby trzeba było, tobym przy łóżku siedziała. A jakby cierpiało? Miałoby rodzeństwo, które by je kochało. I matkę, która by się go nie wyrzekła. Gdyby miało Downa, to też przecież człowiek. Inny, ale człowiek.
Ja bym urodziła. Ale nikogo innego bym nie zmuszała.
Gdyby było ryzyko, że sama umrę? No to chyba nie zdarza się często? Nie umiem sobie tego wyobrazić.
Magda ma 23 lata i dwoje dzieci. Nie pracuje, czasem dorabia sezonowo, zbierając owoce. Chce iść do pracy, gdy odchowa półtoraroczną Monikę. Paweł, jej mąż, złota rączka, tanio naprawia samochody i skutery.
Magda: - Nie myślałam o dzieciach. Ani o seksie. Ale że mi się chłopak spodobał, to poszłam z nim do łóżka. Chciałam, żeby mu się ze mną podobało. Chciałam mieć chłopaka takiego, co samochodem mnie zawiezie a to na zakupy, a to na dyskotekę, a to na wakacje. Czy ja byłam zakochana, to nie umiem powiedzieć. Co ja w głowie miałam? Nie pamiętam. Ani mi w głowie nauka była, ani nic. Wiadomo, że każda dziewczyna by chciała ślubu, a potem rodzinę założyć. Nie wierzę, że nie. Każda jedna feministka też chce. Tylko może tak wychowana, że się nie przyzna. Może się wstydzi. Może myśli, że lepsza jest.
Jak zaszłam w ciążę i miał urodzić się Kubuś, to miałam 19 lat. Mamie mówiłam, że wcześnie. A ona: "Wcześnie? Ja już w twoim wieku dwójkę miałam". Mówię mamie: "A może by tak zrobić, żeby tego dziecka nie było. Bo chciałam za granicę na stałe jechać do pracy, do Anglii". Jak mnie mama w łeb walnęła ręką, to aż się o ścianę oparłam. "Gdzie będziesz dziecko wozić - zapytała. - Trzeba było nóg nie rozkładać". Aż tak mi powiedziała.
Mnie się chciało latać to tu, to tam, ja chciałam, żeby jeszcze być córunią. U nas się mówi: "ciekać". Tak mi mama mówiła: "Ciekać ci się chce? Ja ci zaraz z głowy wybiję głupoty". Mnie się wydawało, że to taka kara - ta ciąża - za to, że ja niegrzeczna byłam. Nie chciałam pomagać przy świętach ani grobów czyścić. Wszystko mnie nudziło.
Co mnie interesowało? Lubiłam ze zwierzętami być, wszystkie bym głaskała i brała na ręce. Ale ani z tego zawód, ani nic.
Jak już brzuch było trochę widać, to ciotki się zeszły i mówiły, że ja już dziewczynka nie jestem, jak kiecę zadzieram. Patrzyły na mnie już inaczej. Już gotowanie mnie czekało, już sprzątanie, już nie było, że się można powłóczyć. Jak zaszłam w ciążę, to mnie już nikt po głowie nie pogłaskał. Ja już nie byłam mała Madzia. Dopóki Kubusia nie urodziłam, to byłam takie nie wiadomo co. Ani szkoły nie skończyłam, do matury w liceum nie dociągnęłam. Nie miałam planu. Pustka w głowie. Nawet nie pamiętam, kim ja wtedy byłam i o czym myślałam. Paweł, ty pamiętasz, jaka ja wtedy byłam?
Z pokoju słychać męski głos. Paweł: - No jaka? Taka sama. Mówiłaś, że dzieci chcesz.
Magda: - Ja mówiłam, że dzieci chcę?
Paweł: - No a jak?
Magda: - Może tak mówiłam. Jak się Kubuś urodził, to zmądrzałam. Już byle gdzie nie biegłam. Już tak syna pokochałam, że mi nikt nie był potrzebny. Już się nie przejmowałam kłótniami z mamą, już o Pawła taka zazdrosna nie byłam. Zaraz potem drugiego synka pod sercem nosiłam. Ale poroniłam. Nie wiem czemu. Naprawdę nie wiem. Broń Boże nie popalałam. Ani nic. Mama mi powiedziała, że też poroniła jak ja. Może to rodzinne. Bałam się, że już w kolejną ciążę nie zajdę przez to. A chciałam, nie powiem. A potem znowu zaszłam w ciążę. Mnie wtedy znowu nikt nie obchodził, tylko ta córeczka. Bo to cały sens mojego życia. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Niech się ze mnie miastowe śmieją.
Paweł wchodzi do pokoju: - Będą chciały te w mieście dzieci mieć, to się ockną tak późno, że już nie będą mogły. A jak się nie wie, co się chce, bo człowiek młody i głupi, to trzeba zobaczyć, jak inni żyją.
Magda: - Dopóki się dziecka nie urodzi, to samej jest się dzieckiem. Każda jedna, co chce usunąć, to tak jakby chciała jeszcze małą dziewczynką być. A tak się nie da. Więc ja tobym radziła rodzić, bo jak się usunie, to nie wiadomo, czy się będzie potem mogło znowu zajść. No i przede wszystkim: ile tak można ciekać w życiu?
Paweł: - Nie chcesz mieć dzieci? A ty skąd się wzięłaś? Ciebie ktoś urodził przecież, nie? No to na logikę to weź. Tak już jest.
Magda: - Gdyby nie mogło mówić, w łóżku tylko leżało? Może jestem zacofana, ale mnie się w głowie nie mieści zabijać dzieci. Wiadomo, że bałabym się, że my tu rady nie damy, że tyle tysięcy by trzeba wydać, a to na leki, a to na maszyny podtrzymujące życie. Skąd by na to brać? Nie wiem. Jak o tym myślę, to mi przykro, ale mimo wszystko ja usunięcia dziecka bym nie zniosła. Może jestem samolubna, ale nie dałabym rady.
Paweł: - Wszystkie dzieci się kocha. Zarobiłbym, pożyczył, wyjechał za granicę, ale bym nie dał zabić potomka. Nawet Downa.
Magda: - Że w mieście trudniej, w jakiej wynajętej kawalerce, bez rodziny, pieniędzy? Zawsze gdzieś jest jakaś rodzina, zawsze można się przeprowadzić. Po prostu jak masz dziecko, to już nie ma, co ty wolisz. Dzieci są najważniejsze, a nie to, że chce się w mieście mieszkać. Zawsze jakieś wyjście jest.
Czy innym kobietom bym aborcji zakazała? Ja nie jestem taka mądra, żeby komukolwiek czegoś zakazywać.
Terlikowski? Nie znam. Marsz esesmanek? Nie, no to przesada.
Agnieszka ma 21 lat. Mieszka na wsi, u rodziców, w małym pokoiku ze swoim synkiem. Rodzice pomagają. Zajmują się chłopcem, wspierają finansowo.
Agnieszka: - Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy plotkują, choć to już cztery lata. Ojcem Michałka jest mój kuzyn. Nie chcę o tym rozmawiać za dużo. Zresztą wystarczy, że wyjedziesz na wieś i powiesz, że u mnie byłaś. Od razu wszystkiego się dowiesz. Michaś ma dziś cztery lata. Nawet się nie interesowałam, czy go usunąć, czy nie. Co on winny?
Wszystko to się stało przez alkohol. Ja byłam młoda i też wstawiona. Byliśmy u nas pod sklepem, a potem na dyskotece. Miałam 17 lat, a kuzyn 28. Ciągnęło nas do siebie. Jeszcze do domu nie wróciłam w nocy, a już wszyscy wiedzieli, co się stało między nami. Nakrzyczeli na Marka, że to gwałt. Ja tego tak nie nazywam, bo może i młoda byłam, ale on mi się podobał. Nie wiem już sama, co jest prawdą, a co nie. Najgorsze, że kuzyn wyjechał za pracą i nas zostawił. To było większe zło niż ta ciąża. Ani się do nas nie odzywa, ani nie przysyła pieniędzy. Jego rodzina Michasia nie uznała. Nawet na niego nie patrzą, jak się mijamy na ulicy.
Kuzyn chciał, żebym usunęła, powiedział, że zabierze mnie do miasta i zapłaci za zabieg. Bo to przypadek, pijany był i żałuje. A ja jeszcze myślałam, że będziemy razem. Aż tu nagle sama zostałam z dzieckiem.
Mieszkam z mamą i z tatą. Dzięki nim skończyłam szkołę, zdałam maturę, a teraz pracuję w sklepie. Ale wtedy nie było człowieka, który by mi nie mówił, żebym usunęła. Był moment, kiedy codziennie namawiali mnie mama, tata i siostra. Ale ja wiedziałam, że to by było złe. Wierzyłam w Boga i nie chciałam mieć grzechu. Pomyślałam, że Bóg mi pomoże. Że na pewno jest jakiś większy sens niż tylko to, co sami widzimy. I nigdy nie żałowałam.
Ale jak dziecko miałoby umrzeć po porodzie, to sama nie wiem, jaką decyzję bym podjęła. Gdyby ciąża zagrażała mojemu życiu, może zdecydowałabym się na aborcję. Ale nie wiem, kto powinien o tym wszystkim decydować. Nie jestem pewna, czy kobieta sama podejmie odpowiednią decyzję.
Dobrze, że aborcję trudno zrobić, że schodzą się komisje, że jest czas, żeby się zastanowić. Bo jakby można zrobić tak od ręki, to w emocjach każdy by poszedł usunąć od razu. Kiedy ma się problem, każdy od razu chciałby ten problem usunąć. Myślę, że nawet kobiety zgwałcone, porzucone, młode powinny urodzić. Nie dlatego, że ja im życzę źle, ale właśnie dlatego, że życzę dobrze. Jeśli urodzisz dziecko, nawet w trudnych okolicznościach, i wytrwasz ten najgorszy moment, potem będziesz szczęśliwsza. A jak usuniesz, może na chwilę będziesz szczęśliwa, ale potem będziesz nieszczęśliwa do końca życia. Każdy coś myśli i każdy coś czuje. Ale z czasem człowiek czuje inaczej i co innego myśli.
Kasia i Darek, rodzice trzyletniej Elizy, mieszkają w podsandomierskiej wsi. Ale spotykamy się w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie przyjeżdżają co miesiąc na kontrolę. Eliza cierpi na niewydolność nerek spowodowaną wadą wrodzoną układu moczowego. Kasia ma 27 lat, poświęca się całkowicie opiece nad chorą córką.
Kasia: - Eliza zachorowała, kiedy miała dwa lata. Najpierw zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Czy czegoś nie zauważyłam w odpowiednim momencie? Czy to moja wina, że jej układ moczowy nie wykształcił się odpowiednio?
Kiedy dowiedzieliśmy się, że trzeba jechać do Warszawy na badania, zamarłam. Zrezygnowałam z pracy, miałam swój sklep 1001 Drobiazgów. Przejęła go szwagierka z mężem. Inaczej musiałabym zamknąć. A tak oni mogą sobie zarobić i mnie skapnie kilka złotych miesięcznie. Darek jeździ w Sandomierzu jako kierowca w dużym sklepie z hydrauliką i budowlanką. Dorabia na taksówce wieczorami.
Ja już nie marzę o tym, żeby Lizka była zdrowa, ale żeby jak najdłużej mogła żyć bez dializ.
Jestem przeciwko aborcji, zawsze byłam. To, że Lizka jest chora, nie znaczy, że powinna nie żyć! Ale kiedy na oddziale spotykam mamy, które czekają z dzieckiem na przeszczep, to czasem mówią: "Co to było wszystko warte? Czy nie lepiej, żeby się dziecko w ogóle nie rodziło, niżby miało tak cierpieć?". Nic nie mówię. Ale kiedy patrzę na te dzieci, to żal serce ściska. Chwilami myślę, że tak, może i lepiej, żeby ich nie było. Ale potem tak sobie siedzę w kaplicy i myślę, że nie da się świata oczyścić z cierpienia.
Cieszę się, że nie wiedziałam o chorobie Elizki, kiedy była jeszcze w brzuchu, bo może bym chciała podjąć pochopną decyzję. Może bym chciała usunąć ciążę ze strachu.
Małżeństwo? Z mężem cierpimy razem. Cieszymy się razem. Jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Darek: - Ja? Nigdy bym nie wymagał od żony, żeby usunęła. Facet nie powinien się wypowiadać na te tematy. Wolałbym, żeby kobiety nie usuwały ciąż. Ale nikogo nie oceniam. Niech każda para robi, co chce. Bo kiedy dziecko jest chore, nie ma słusznego wyjścia. Wszystko jest tylko minimalizowaniem cierpienia dziecka, minimalizowaniem błędnych decyzji.
Kasia: - Mieszkamy na wsi, jeśli Elizka będzie miała dializy, a niestety tak może się stać w niedługim czasie, to nie wiem, jak damy radę. Co, jeśli będzie padał śnieg, zepsuje się samochód? I nie będziemy mogli jej dowieźć na dializy? Aż boję się o tym myśleć. A o takich historiach na oddziale słucham prawie codziennie. Kuleje wsparcie państwa, głównie finansowe. Jakieś śmieszne dodatki, kilkadziesiąt złotych - co to jest? Przydałyby się pieniądze, rehabilitacja, pomoc miejscowych pielęgniarek. Kiedy człowiek zostaje sam z chorym dzieckiem, myśli o najgorszym. Kiedy codziennie budzisz się z lękiem, czy z twoim dzieckiem nie jest gorzej, to obecność pielęgniarki środowiskowej czy lekarza, choćby miejscowego lekarza domowego, byłaby dla nas wielkim wsparciem. Człowiek czuje ulgę, gdy ktokolwiek chce na dziecko spojrzeć, sprawdzić, czy nic groźnego się nie dzieje.
Czy innym kobietom kazałabym rodzić chore dzieci? Po tym, co tu widzę, nie śmiem nic mówić. Wierzę matkom chorych dzieci. Ufam im. Czasem się śmiejemy z dziewczynami na oddziale, że my powinnyśmy zostać prezydentami czy jakimiś innymi przywódcami, tak wszystko o życiu wiemy.
Patrycja ma 29 lat i pięcioro dzieci. Mieszka w starym domu, który wynajmuje dla niej gmina. We wsi ludzie mówią, że dzieci chodzą głodne, brudne, z niezmienionymi pieluchami. A nawet, że dzieci powinni jej zabrać, a ją wysterylizować. Patrycja nie wpuszcza mnie do domu, rozmawiamy w progu.
Patrycja: - Chcą mi je zabrać. Myślisz, że ja nie wiem, że na mnie donoszą do opieki społecznej? Ja nie piję. Leki biorę na padaczkę.
Żaden chłop nie chciał zostać ze mną i z dziećmi. Takie są chłopy. Moją mamę ojciec też zostawił, nie dała rady i zabrali mnie i siostry do domu dziecka. Ja sobie obiecałam, że choćby nie wiem co, to moich nie zabiorą. Choćbym się tu miała z nimi spalić!
Nie mam, jak pracować - bo kto się dziećmi zajmie? Ja nikogo nie mam. Żadnej rodziny. Wszyscy tu o mnie gadają, ale inni mają kogoś do pomocy przy dzieciach, mamę, teściową, koleżanki, sąsiadki. A ja jestem sama. Ale moje dzieci chodzą czyste. Zdrowe.
Prawie przy każdym dziecku mi aborcję proponowali. Sami lekarze mi mówili, że da się to załatwić. Panie w opiece i nawet jakiejś obce kobiety, które znam tylko z widzenia, a nawet wierzące takie babki, co w kościele w pierwszych ławkach siedzą, na "dzień dobry" mówiły mi, żebym usunęła. Że mi będzie łatwiej. Bo takie jak ja to mają usuwać, a bogate mają rodzić. Tacy ci katolicy są wszyscy do Pana Boga, dopóki biedna kobieta nie ma pięciorga dzieci. Wtedy toby sami wyskrobali.
Ale ja wtedy od razu w płacz: jak to dzieci zabijać? To ich wina, że ojcowie poszli w pizdu? Ja nikogo nie mam, tyle tylko co te dzieci. Nawet matka, jak wyszłyśmy z domu dziecka, to nas widzieć nie chciała. "Życie zmarnowane przez was" - mówiła. Sebastianek! Chodź, się pani pokaż.
W drzwiach stoi umorusany kilkuletni chłopiec z plastikowym pociągiem w ręce. Za nim po starej wygiętej podłodze raczkuje uśmiechnięta Olga. Dwoje dzieci jest w przedszkolu, najstarszy chłopiec w szkole.
Patrycja: - Mamy takiego grzyba na ścianie, że nie chcę nikomu pokazywać. Nie wiem, co z nim zrobić. Nie wpuszczam, bo boję się, że za chwilę przyjdą i zabiorą dzieci. A ten grzyb był, jak już tu przyszłam. Skromnie u nas. Tak teraz ludzie myślą, że musisz mieć pieniądze na dziecko. A jak nie masz, to co, usunąć? Mnie się to nie mieści w głowie. Czy ja jestem jakaś gorsza, bo nie stać mnie na nowe zabawki? Czy ja jestem gorsza matka? Czasem do mnie nawet ktoś powie w sklepie, że takie jak ja to powinno się podwiązać, bo robią dzieci jak pcheł. Ile razy ja z płaczem wychodzę z tego sklepu.
Czarny protest? Nie słyszałam. Żeby nie było całkowitego zakazu aborcji? Ja bym nie usunęła. Ale niech każdy robi, co mu się podoba. Chociaż może gdyby nie można byłoby robić aborcji, to ja bym nie słyszała, że jestem kurwa. Tylko bym była wtedy normalna matka. Bo mówią, że ja nieodpowiedzialna jestem. Nawet w opiece tak gadają, że nieodpowiedzialna matka, jak tak jedno za drugim rodzi. No a taka, co zachodzi i usuwa, to jest odpowiedzialna?
Gdyby okazało się, że dziecko będzie chore, a ja nie będę mogła mu pomóc? To chyba jedyna sytuacja, że pomyślałabym o aborcji. Żeby nie cierpiało, wolałabym. Ja ledwo szczepienia znoszę, jak moje dziecko płacze, nie mogę tego wytrzymać. A co dopiero, gdyby było chore.
Dlatego te kobiety wyszły na ulicę? Żeby chore dzieci nie musiały się rodzić i cierpieć? To miały rację. Niech one tu do nas, na Podlasie, przyjadą porządki robić w głowach.
Ela, 65 lat, ma córkę, syna i dwoje wnuków. Ani syn, ani córka nigdy nie rozmawiali z nią o aborcji.
Ela: - Pamiętam czasy, kiedy aborcja była legalna. I z pewnością nadużywana. Moje koleżanki robiły, nikt o tym specjalnie nie dyskutował. A ginekolog mi opowiadał, że kobiety traktowały ją jak późną antykoncepcję. Takie z głębokich wsi, nieświadome, robiły te aborcje bez zastanowienia. Nie chciałabym, żeby te czasy wróciły. Tak jak jest teraz, jest dobrze. A każdy, jeśli już koniecznie chce, znajdzie sposób na usunięcie ciąży.
Nie powinno być kar za zrobienie aborcji. Ci, co chcą absolutnego zakazu, poszaleli. Ale ci, co chcą, żeby można było jak kiedyś dziecko usunąć jak migdałki, też nie mają racji. Ja nikomu nie zabraniam, nikogo nie oceniam. Sama nie urodziłabym chorego dziecka. Nie zdecydowałabym się na poród, gdyby zagrażał mojemu życiu albo zdrowiu. Nie kazałabym nikomu rodzić na siłę i spuszczę zasłonę milczenia, kiedy ktoś chce ciążę usunąć, bo po prostu nie chce mieć dzieci. Widziałam w życiu dzieci zaniedbane, bo pracowałam wiele lat w opiece społecznej. Patrząc na nasze klientki, co ledwo miały na bilet, a przychodziły z gromadką dzieci, oceniałam je ostro. Myślałam: kolejne nieszczęścia chodzą po świecie, w nędzy mieszkają, lepiej, żeby cię matka nie urodziła. Ale dziś wiem, że nie mnie oceniać ludzi, nie mnie mierzyć macierzyństwo innych kobiet.
A państwo niech łapy trzyma gdzie indziej, niech da lepiej pieniądze na pomoc. Niech przymyka oko na czarny rynek aborcyjny. Niech każdy robi, co chce, i rozstrzyga we własnym sumieniu.
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.07.16 10:21 SoleWanderer Studio YaYo: Jesteśmy coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Jeśli ludzie mają nas za idiotów, to po co wyprowadzać ich z błędu?

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20404619,studio-yayo-jestesmy-coraz-gorsi-czyli-coraz-lepsi-jesli.html#TRwknd
Mateusz Witkowski
"Pękły mi oczy", "oto kabaret dobrej zmiany" - to niektóre z komentarzy dotyczących Studia YaYo. Wystarczył jeden odcinek kabaretu, żeby internet zawrzał. O tym, czy rzeczywiście mamy do czynienia z najgorszą produkcją satyryczną w historii rozmawiamy z prowadzącymi - Pawłem Dłużewskim i Ryszardem Makowskim. To może zacznę od żartu. Gdy dowiedziałem się, że będziemy rozmawiać w restauracji Borówka, poczułem zaniepokojenie.
Ryszard Makowski, Paweł Dłużewski: Dlaczego?
Bo bałem się, że na dziennikarza z Gazeta.pl będą czekać BOR-owcy. Borówka, BOR-owcy... Fatalne, prawda?
R.M.: Nie, dlaczego? Całkiem dobry żart.
P.D.: Akurat satyra polityczna w Polsce niedomaga, więc na tym tle to jest całkiem dobre!
Dziękuję za łaskawość i zrozumienie. A czy panowie, jako twórcy Studia YaYo, czują się niezrozumiani?
R.M.: Nie, dlaczego? Wręcz przeciwnie! Wczoraj rozmawiałem z Łukaszem Warzechą, który stwierdził, że to naprawdę nie lada sztuka sprawić, że program już po pierwszym odcinku staje się kultowy.
P.D.: Zaskakujące jest raczej to, że dostajemy od niektórych widzów wyrazy współczucia. Nie ma takiej potrzeby. Robimy to, co robimy, a ludzie reagują na to w rozmaity sposób. To jest świetne.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo R.M.: Pamiętajmy, że nasz polski internet należy do najbardziej agresywnych na świecie. Jeżeli już mamy kogoś pochwalić, to raczej zabieramy się do tego niechętnie. Ale pojechać? Proszę bardzo. Przy okazji: mój znajomy pracujący w Google poinformował mnie, że w pewnym momencie co drugie wyszukiwanie w Polsce dotyczyło Studia YaYo.
Właśnie - jako że TVP nie wrzuca odcinków na YouTube, nie do końca wiadomo, ile osób ogląda panów program. Panowie wiedzą?
P.D.: Też nie znamy dokładnych danych. Wiemy natomiast, że popularność Studia YaYo jest ogromna. A to już nie lada osiągnięcie - w końcu wystartowaliśmy w telewizji regionalnej, która z założenia jest niszowa i ogląda ją garstka osób. Zadziałał efekt szoku: z jednej strony ostra, cięta satyra polityczna, a z drugiej - zupełnie inna, niespodziewana estetyka. Połączenie tych dwóch czynników okazało się skuteczne, rozpętała się burza.
To połączenie budzi uczucie, które należałoby nazwać skonfundowaniem.
R.M.: O to nam chodziło - o mylenie tropów.
To zapytam pokrętnie: panowie żartują, czy też żartują panowie, że żartują?
R.M.: Odpowiem w ten sposób: uprawiamy kabaret od wielu, wielu lat. Gdybyśmy nie wiedzieli, co robimy, to naprawdę źle by to o nas świadczyło. Ale jeśli niektórzy chcą nas uważać za idiotów, to czemu mielibyśmy ich wyprowadzać z błędu? (śmiech)
P.D.: Z drugiej strony nasze działanie jest zupełnie intuicyjne. Formułujemy taki, a nie inny przekaz i czekamy na odbiór.
R.M.: Zresztą nowatorska sztuka od zawsze budziła konsternację!
Zgoda, jeśli jednak przypomnimy sobie inne polskie programy, w których celowo pogrywano stylistyką nieśmiesznego żartu, na przykład „Komiczny Odcinek Cykliczny”, to stwierdzimy, że w tamtych przypadkach reguły gry były dla odbiorcy dość jasne. Czuliśmy konwencję.
P.D.: O to właśnie chodzi. To, że widzowie nie są w stanie odpowiedzieć sobie w naszym wypadku na pytanie, czy robimy to celowo i czy działa to na naszą korzyść, czy odwrotnie, to dowód na to, że Studio YaYo jest dobrze zrobione.
R.M.: Przyznam, że mam poczucie sukcesu. Dziesięciominutowy program wyświetlany w niszowej stacji, podczas Euro 2016, który zdobył tak wielką popularność? To duża rzecz. Oczywiście pojawiają się różne skrajne głosy, które chcąc nie chcąc biorą udział w promowaniu programu. Na przykład moi koledzy z kabaretu OT.TO, wydając oświadczenie, że nie mają ze Studiem YaYo nic wspólnego, też nas wspomogli. (śmiech) Żyjemy jednak w świecie szybkich mediów i szybkiej informacji. Najważniejsze, że fama się niesie.
P.D.: Dziś, aby się przebić, należy wywołać szok. Zawsze jest to obarczone jakimś ryzykiem.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo A propos różnych głosów i opinii: widzieli panowie film Szymona Majewskiego na temat Studia YaYo?
R.M.: Oczywiście. Muszę przyznać, że panu Szymonowi całkiem dobrze to wyszło. Z jednym zastrzeżeniem: wybrał sobie tylko niektóre elementy, czyste „yaycowanie”. Pominął zupełnie cięższe tematy, takie jak choćby KOD.
P.D.: Cóż, każdy z krytyków dobiera sobie te elementy, które wydają mu się wygodne, i to na nich się skupia.
Porozmawiajmy w takim razie o genezie programu. Panów drogi zawodowe i życiowe przecinają się już od dawna.
P.D.: Cały czas wchodzimy wraz z Ryszardem w skład kabaretu Pod Egidą. Prawdę mówiąc, moim żywiołem są występy z publicznością, monologi satyryczne i parodie, które zupełnie zniknęły z telewizji. Mam poczucie, że jest coraz mniej możliwości, aby się realizować.
R.M.: Ja w telewizji okresu rządów PO byłem zresztą zakazany.
P.D.: Studio YaYo to wynik spotkania naszych dwóch, bardzo odmiennych osobowości. Różnimy się z Ryszardem usposobieniem, światopoglądem i nie tylko.
R.M.: Paweł na przykład nie pozwala mi „yaycować”. Niech pan zrozumie, ja mam poważne problemy zawodowe!
P.D.: Zobaczymy, co będzie dalej z Ryśkiem: widzę go na przykład w stroju baleriny, albo w peniuarach...
R.M.: W każdym razie: mieliśmy w ostatnich latach niewiele możliwości, aby realizować się telewizyjnie. Zaproponowałem dyrektorowi TVP 3 realizację takiego właśnie programu: z monologami, parodiami, piosenkami i poszło... Chciałem w każdym razie, żeby w nazwie było „jajo”.
I tu się przyczepię. W programie „Wolne głosy” mówił pan swego czasu o irytującej tendencji do emitowania programów o anglojęzycznych nazwach - na przykład „Voice of Poland”. I tutaj zgoda, w takim razie jednak: dlaczego „yayo”? Żeby było większe... jajo?
R.M.: Jakoś mnie tak olśniło, że powinno być przez „y”. Poza tym nie znam takiego angielskiego słowa jak „Yayo”. To jest nasz autentyczny wkład w kulturę światową.
P.D.: Mnie się te dwa „y” skojarzyły z dwoma kieliszkami, nawet chcieliśmy przez chwilę, żeby graficy zaprojektowali to w ten sposób. Ale jakoś to nie przeszło.
R.M.: Może i dobrze, bo gdybyśmy dodali jeszcze do tego alkohol... Abstynenci by się do nas przyczepili. W każdym razie: przez „y” wydawało się to mniej ordynarne.
Skoro już jesteśmy przy stronie wizualnej: ta scenografia to, przepraszam panów, kompletny paździerz.
P.D.: Tak właśnie miało być. Pod względem estetyki nawiązujemy do wczesnych lat 90.
R.M.: Nie ukrywajmy też, że program jest dość niskobudżetowy.
Zastanawiałem się właśnie, na ile to kwestia budżetowa, a na ile wybór estetyczny.
P.D.: Jedno wynika tu z drugiego!
R.M.: Ja mam w ogóle wrażenie, że tego rozmaicie rozumianego paździerza powinno być więcej. Za rzadko się mylimy, a gdy się już pomylimy, to poprawiamy i tak dalej. Całość powinna być bardziej naturalna. Problem polega też na tym, że czytamy z telepromptera, więc mamy czasem trochę martwy, rybi wzrok.
Wracając do scenografii: na początku pojawił się pomysł, abyśmy siedzieli przy stolikach. Nie chciałem się na to zgodzić, bo mam za duży brzuch, źle by to wyglądało. Znaleźliśmy takie dwie „mównice” i postanowiliśmy je wykorzystać. Nie było tu jakichś wielkich narad.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo Tego ducha improwizacji jest w Studiu YaYo całkiem sporo. Weźmy choćby plansze oddzielające poszczególne segmenty programu. Widać, że użyto kroju pisma, w którym nie ma polskich znaków i trzeba było „doklejać” litery.
R.M.: Też na to ostatnio zwróciłem uwagę! Nie jesteśmy jednak purystami, te małe niedociągnięcia tu pasują.
P.D.: Podkreślają całą konwencję.
A może panowie się teraz asekurują? Zrobili panowie zły program, spadła na was fala krytyki, a teraz mówią panowie: to tak miało być.
R.M.: A co mamy mówić? (śmiech)
P.D.: Tak zupełnie poważnie: jeżeli ktoś myślał, że uważamy żarty takie, jak ten o kawie i ciasteczkach, za naprawdę dobre dowcipy, to coś tu jest chyba nie tak. W każdym razie: nie zwalniamy tempa, rozwijamy się. Wydaje mi się, że z odcinka na odcinek jesteśmy...
R.M.: Jesteśmy coraz gorsi!
P.D.: Coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Kto wie, co wydarzy się dalej? Może Rysiek poślizgnie się na skórce od banana?
R.M.: Program nazywa się „Studio YaYo”, rozpoczyna go piosenka ze słowami „Studio YaYo, co oni tam nadają, aż ręce opadają...” i tak dalej. Takie credo ostrzega i naprowadza na to, czego można się spodziewać po tym programie. Jeśli chodzi natomiast o pisanie piosenek, zajmuję się tym już od dawna i nie przechwalając się ponad konieczność, wiem, że mam rękę do chwytliwych melodii. Czasem nawet żal mi tej muzyki, bo większość publicystycznych piosenek ma bardzo krótki termin przydatności. Przymierzam się aktualnie do nagrania płyty z utworami, które nie są obarczone ładunkiem ideologicznym.
P.D.: Maaaało prawdopodobne, proszę zapisać: maaaało prawdopodobne.
Słyszałem wielu przeciwników rządów PiS, którzy twierdzili, że jedyną „dobrą zmianą” będzie ograniczenie emisji polskich kabaretów. Niektórzy dodają teraz: ale w zamian dostajemy Studio YaYo.
R.M.: W wypadku polskich kabaretów emitowanych w telewizji w ostatnich latach mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju zamkniętym obiegiem finansowym i towarzyskim, dlatego w kółko występowali ci sami ludzie.
P.D.: Ja się od tego o „zamkniętym obiegu” odcinam.
R.M.: Potrzebna była alternatywa. Skoro w piątek, sobotę i niedzielę puszcza się kabaret ludyczny, to dlaczego nie puścić by w poniedziałek czegoś innego?
P.D.: Z tym się zgadzam. Te względnie młode kabarety miały i mają swoją publiczność - i w porządku, niech tak będzie. Trzeba jednak zaproponować ludziom też coś o innym charakterze.
Pana też dotknął ostracyzm, o którym mówił pan Ryszard?
P.D.: Wielokrotnie słyszałem: Paweł, występujesz w kabarecie Pietrzaka i masz łatkę PiS-owca. Myślałem wtedy: na Boga, ja w życiu nie deklarowałem, że jestem zwolennikiem PiS-u. W ogóle nie uważam, żeby satyra czy kabaret były okazją do manifestowania poglądów. Po obu stronach sceny politycznej mamy festiwal zjawisk, z których można się śmiać. I róbmy to.
Mam ochotę zapytać: skoro tak pan uważał, to co w takim razie się zmieniło? Ten pluralizm nie jest w Studio YaYo wyczuwalny.
R.M.: To może ja odpowiem. Muszę przyznać, że swego czasu byłem naprawdę wielkim zwolennikiem koalicji Platformy oraz Prawa i Sprawiedliwości, czyli „POPiS-u”. Miałem okazję pełnić przez jakiś czas funkcję dyrektora Domu Kultury Praga. Gdy władzę w mieście przejęła pani Gronkiewicz-Waltz, zostałem zwolniony. Wtedy Platforma niejako wypowiedziała mi wojnę. A jak wojna, to wojna.
Poszło o piosenkę „Platforma cię kocha?”.
R.M.: W dużej mierze tak, choć wtedy dotknęły mnie po prostu ogólne czystki. No i przez kolejne lata trochę się z Platformy nabijałem. Chciałem nawet wystąpić z piosenką „Platforma cię kocha” na festiwalu w Opolu, ale w 2008 roku, nawet w PiS-owskiej telewizji, to nie było możliwe. PO było wówczas w takim natarciu ideologicznym, że wszyscy podchodzili do tego typu gestów z dużą ostrożnością.
Zapytałem swojego kolegę z KRRiT, dlaczego tak jest: w końcu mam w swoim repertuarze różne piosenki, również niezwiązane z polityką. Kolega skontaktował się z panią, która podejmowała w telewizji decyzje dotyczące tego, kto może zostać dopuszczony do występu. Pani spotkała się ze mną i stwierdziła: „Ja nie mogę cię puścić, bo ty śpiewasz PiS-owskie piosenki”. Zapytałem: „Jakie?”. Odpowiedziała: „Platforma cię kocha”. Po chwili dotarło do niej, co powiedziała i dodała: „W tych czasach to jest PiS-owska piosenka”. Proszę mi wierzyć: jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek „niedopuszczania”. Gdy byłem dyrektorem DK Praga, występowali u mnie różni artyści.
A ja mam panom za złe, że kończy się tylko na deklaracjach. Bo tej otwartości na naśmiewanie się z jednych i z drugich wcale się w Studio YaYo nie czuje, przeciwnie. Dlaczego nie chcecie być panowie błaznami?
P.D.: Co dokładnie ma pan na myśli?
Mam na myśli taką sytuację, w której satyryk naśmiewa się z władzy po to, aby uświadomić jej ewentualne braki i uchronić przed popadaniem w samozachwyt. Wobec obecnego rządu są jednak panowie szalenie delikatni.
P.D.: Częściowo się z panem zgadzam, zresztą jest to częsty temat naszych dyskusji. Było jednak u nas parę żartów z premier Szydło, z ministra rolnictwa czy ministra Macierewicza, na przykład ten o korwecie „Gawron”, która jest zupełnie niewidzialna dla radarów, ale i dla dziennikarzy czy załogi. Taki pluralizm jest potrzebny. Z drugiej strony, osobowość Ryśka jest tak silna, że trudno mi niektóre żarty przeforsować - ale to długo nie potrwa, obiecuję! (śmiech)
R.M.: Może to zbyt daleko idące porównanie, ale PO była dla mnie ekipą, która chce ukraść auto, PiS natomiast chce je naprawić. Co prawda są w jego szeregach politycy, za którymi nie przepadam, ale moim zdaniem reformy wprowadzane przez obecną partię rządzącą i władze są czymś korzystnym. Jeżeli znajdzie się coś zabawnego związanego z PiS-em, to chętnie się z nich pośmieję.
Naprawdę jeszcze nic takiego się nie znalazło?
R.M.: Aż tak dobrze nie szukałem. Ale jest Paweł, może poszukać.
P.D.: Obiecuję! Siedzi we mnie jednak głęboko fakt, że PO zawiodło całe społeczeństwo. Zresztą to, co robią obecnie: posługiwanie się „zużytymi” twarzami, spory wewnętrzne, to przecież strzały w stopę, trzeba się z tego śmiać. Co do PiS-owskich reform: ich pomysły są bardzo chwytliwe i obiecujące, ale trudno mi sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać ich realizacja za rok czy dwa lata.
R.M.: Osobiście trudno jest mi się śmiać z programu 500+, który wielu rodzinom najzwyczajniej w świecie pomógł. Zresztą tych, którzy lubią śmiać się z PiS, jest naprawdę sporo.
Zupełnie rozumiem rozczarowanie Platformą oraz potrzebę nabijania się z niej. Niezależnie od deklaracji: przy takich „proporcjach” żartów dotyczących jednych i drugich i tak śmieją się panowie z PO pod sztandarem PiS-u.
R.M.: Ale mnie to wcale nie przeszkadza!
P.D.: A mnie tak! (śmiech) Proszę mi wierzyć, to nie są żarty, my się naprawdę bardzo często kłócimy i nie zgadzamy.
R.M.: Ja już i tak dostałem łatkę PiS-owca, więc czemu mam na siłę się od tego odżegnywać?
A to nie jest jednak trochę odmrażanie sobie uszu na złość mamie? W końcu społeczeństwo jest już wystarczająco „pęknięte”, a przekaz, jaki płynie ze Studia YaYo, jeszcze tę przepaść pogłębia, antagonizując odbiorców.
R.M.: Ale to pęknięcie jest robione specjalnie. Między innymi pana gazeta też ma w tym procederze pewne zasługi.
Cóż, mógłbym i chciałbym tutaj polemizować, ale po prostu uszanuję pana punkt widzenia. To inaczej: nie boją się panowie utraty wiarygodności jako satyrycy?
R.M.: A istnieje w ogóle coś takiego jak „satyryczna wiarygodność”?
Moim zdaniem tak: odbiorcy odróżniają satyryków od trybunów danych partii.
P.D.: Rzecz polega chyba na tym, że partia rządząca robi obecnie wszystko, czego można było się po niej spodziewać. Jeżeli ktoś jest zdziwiony, że ministrem sprawiedliwości został Zbigniew Ziobro, a szefem resortu obrony jest Antoni Macierewicz, to znaczy, że kompletnie nie zna się na polityce. Działania PiS-u wydają się przewidywalne. No bo cóż nowego oni robią? Czy Jarosław Kaczyński zmienił swoje poglądy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? Nie. Dziś opozycja udaje zaskoczoną, ale gdy trzeba było przekonywać wyborców, leniuchowała.
R.M.: Nie ukrywam, że prezydent Andrzej Duda również bardzo mi odpowiada. Pomijając poglądy polityczne - podoba mi się jego wizerunek, zachowanie w sytuacjach publicznych.
P.D.: Ale do kwestii merytorycznych można by się przyczepić.
R.M.: Jakich?
P.D.: Na przykład to, jak łatwo i bezkolizyjnie przeszedł w swojej retoryce od Polski w ruinie do Polski sukcesu...
Kadr z programu Kadr z programu "Studio YaYo" To dlaczego nie wpuścić by nieco z tych zastrzeżeń na antenę? Czy nie jest tak, że satyra musi być antyestablishmentowa?
R.M.: Ja tak wcale nie uważam.
Czyli lepiej być dworskim poetą, a nie błaznem?
R.M.: Jeśli pan woli, żeby satyryk był błaznem, to ma pan do tego prawo. Ja nie jestem niczyją własnością. Zresztą to też nie do końca tak: swego czasu pisałem piosenki, w których śmiałem się i z PiS-u, i z Platformy (choć przyznam, że te o PO były lepsze). Później poszedłem na wojnę z PO. I to w czasach, kiedy PiS nie miał racjonalnych szans na wygraną. Obecnie, być może z rozpędu, jestem jeszcze na etapie rewolucyjnym.
P.D.: I proszę teraz zrozumieć moją sytuację: ja występuję z żołnierzem (śmiech).
R.M.: No dobrze, to zostawmy Platformę. Natomiast KOD wydaje mi się czymś bardzo nieuczciwym, bo zawłaszcza pojęcia i symbole, które były dla mnie kiedyś ważne. Dobrze pamiętam Komitet Obrony Robotników i jego wpływ na zmianę mojej świadomości, wtedy studenta. Dlatego taka przebieranka jako rzekoma obrona demokracji, która ma się u nas lepiej niż kiedykolwiek, wywołuje mój intensywny sprzeciw.
P.D.: Przecież PiS też zawłaszcza sobie różne pojęcia, np. patriotyzm.
R.M.: Ale krytyka KOD-u nie może chyba dziwić. To nie jest jakaś tam spontaniczna inicjatywa powstała na Facebooku, tylko przedsięwzięcie dokładnie zaplanowane przez tęgie głowy, aby zdestabilizować sytuację w kraju. Na razie to się na szczęście nie udało.
A co z posądzeniami o antysemityzm? W drugim odcinku wykonał pan piosenkę dotyczącą banksterskiej nieuczciwości, w której pojawiły się sformułowania takie jak „cymes geszeft” i „lichwa”, a także nazwisko „Rothschilda”. W trzecim odcinku przeprosił pan urażonych - szczerze?
R.M.: Jak najbardziej. To miała być niewinna piosenka, jednak rzeczywiście, jeśli potraktujemy te słowa poważnie i wyrwiemy je z kontekstu, mogą brzmieć niestosownie. Nie zastanawiałem się nad tym - „cymes geszeft” odkąd pamiętam należy do moich ulubionych powiedzonek. Jak mi się coś uda, zawsze mówię „cymes geszeft”. Nie należy interpretować tego utworu zbyt dosłownie. Jest wymierzony przeciwko banksterom, a nie społeczności żydowskiej. Uważam po prostu, że jeżeli ktoś bierze kredyt na pięćset tysięcy i płaci po trzydziestu latach osiemset tysięcy, to można tę operację rzeczywiście nazwać kredytem. Jeżeli natomiast ma do spłacenia milion dwieście tysięcy - to można to potocznie nazwać lichwą. W każdym razie nie chciałem nikogo urazić.
Problem polega jednak na tym, że język nie jest przezroczysty. Jeżeli zestawimy takie określenia jak „lichwa”, „cymes geszeft” z nazwiskiem Rothschild, to nie pachnie to najlepiej.
R.M.: Nie popadałbym w przesadę. Do antysemityzmu jest mi bardzo, bardzo daleko. Nazwiska Rothschild użyłem metaforycznie, nie chodziło mi o konkretną osobę. Może to wyszło trochę niezręcznie. Jedyną grupą, którą chciałem urazić, byli banksterzy.
Nie był to jedyny niefortunny żart. Przypomnę wzmiankę na temat tarczy, którą krewny Obamy osłaniał się przed strzałami obcego plemienia. Siłą rzeczy reprodukujemy tu stereotyp czarnoskórego dzikusa, kogoś na niższym poziomie rozwoju.
P.D.: Ale jeżeli weźmiemy pod lupę działalność zagranicznych satyryków, np. Francuzów i Amerykanów, to stwierdzimy niechybnie, że jest ona dużo bardziej ostra i zjadliwa. Poprawność polityczną uważam za przegięcie. Moim zadaniem jest podrażnić, wbić szpileczkę. Satyryk jest jak windsurfer: czeka na okazję i jeżeli fala już się pojawi, rzuca się na nią.
Ale między histeryczną polityczną poprawnością a działaniem na szkodę tzw. „wykluczonych” czy dyskryminowanych jest chyba jednak różnica. No i pamiętajmy o kontekście: brytyjscy satyrycy są bardzo obrazoburczy, ale mówią do społeczeństwa, które jest na nieco innym etapie, jeśli chodzi o stosunek do obcości - niezależnie od ostatnich problemów.
P.D.: Ale czy kpiarz i szyderca ma być strażnikiem poprawności politycznej i ostrożności? Jakikolwiek kaganiec szkodzi wolności słowa.
R.M.: Zresztą braci Kaczyńskich też nazywano „kartoflami”.
Owszem, i nie uważam tego za zbyt zabawne czy eleganckie. Rzecz jednak w tym, że osoby niskie nie są w Polsce dyskryminowane.
R.M.: Myślę, że popadamy w pewną przesadę. Weźmy na przykład słowo „Murzyn”. Jest obecnie uznawane za niestosowne, a bardzo je lubię - oczywiście jeżeli nie jest używane w negatywnym kontekście.
Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski (fot. archiwum prywatne) Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski (fot. archiwum prywatne) P.D.: Wracając do Obamy - przy pisaniu tego materiału wspierałem się informacjami dotyczącymi jego rodziny. Wiem, że pielęgnuje on swoje korzenie i że wśród przodków ma osoby, które żyły właśnie w taki sposób jak wspomniany. Takie były więc fakty. Ale skoro jesteśmy już przy kwestii przekraczania granic: spieraliśmy się z Ryśkiem na temat pewnego żartu, który miał się pojawić podczas konferencji prasowej zaaranżowanej przez nas w trzecim odcinku. Miałem powiedzieć do jednej ze statystek: „Teraz pani w czerwonym!”.
Chodziło o nawiązanie do „małpy w czerwonym”, czyli wpadki Lecha Kaczyńskiego?
P.D.: Dokładnie tak. Rysiek zaoponował i żarcik nie przeszedł. Tłumaczyłem, że to tylko taki smaczek, że nie ma nic wspólnego z katastrofą smoleńską czy pamięcią po zmarłym prezydencie, ale było to na nic.
R.M.: Po pierwsze: ten żart niczego nie wnosił. Po drugie: zahaczanie w jakikolwiek sposób Lecha Kaczyńskiego, który zmarł w taki, a nie inny sposób, jest niepotrzebne.
P.D.: A pan co o tym sądzi?
Zgadzam się z tym, że żart niewiele wnosił, ale też nie uważam, że doszłoby tu do jakiegoś przekroczenia.
P.D.: No właśnie!
R.M.: I widzi pan: dlatego to jest taka trudna robota (śmiech).
Nie boją się panowie, że koniec końców będą brani nie za satyryków, a za agitatorów?
P.D.: Ja się boję panicznie, drżę!
R.M.: A ja się nie boję!
P.D.: Rzeczywiście jest cienka granica między żartami a podlizywaniem się władzy. Tym bardziej jeżeli program kończy piosenka o tym, że mamy nowy rząd. Musiałby pan widzieć nasze kłótnie.
R.M.: Też nie jestem za lizusostwem, ale jest różnica między podlizywaniem się rządzącym a akceptacją.
No tak, ale akceptacja jest letnia lub chłodna. Tutaj mamy jednak do czynienia z dość ciepłymi uczuciami.
R.M.: Każdy ma prawo do oceny. Może pan to traktować jako serwilizm. Ja się z tym nie zgodzę i tyle.
Paweł Dłużewski (ur. 1953). Artysta kabaretowy, przedsiębiorca i działacz społeczny. Debiutował w kabarecie studenckim Pod Psem działającym przy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Od 1988 r. członek kabaretu Pod Egidą. Występował w wielu programach telewizyjnych, m.in. na antenie TVP 2 oraz HBO. Jego specjalnością są parodie znanych postaci życia politycznego. Jest również autorem tekstów dla innych artystów estrady, m.in. Cezarego Pazury.
Ryszard Makowski (ur. 1955). Satyryk. W latach 1989-2001 członek kabaretu OT.TO, znany z gościnnych występów z kabaretem Pod Egidą. Jest absolwentem Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej. Tworzy teksty i muzykę. 7 stycznia 2001 rozpoczął własną działalność artystyczną. W latach 2003-2008 był dyrektorem Domu Kultury Praga w Warszawie. W listopadzie 2009 ukazała się jego pierwsza powieść, romans na wesoło - „Miłość czy Sport” (Grasshoper). Druga część powieści „Miłość czy pieniądze” ukazała się w kwietniu 2010 roku. Od grudnia 2012 jest współpracownikiem czasopisma „W Sieci”.
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage „niedzielepolskie”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Beteo - Kocha, nie kocham [8D AUDIO] AREK KOPACZEWSKI - Ona Kocha Mnie (2017 Official Video ... RED QUEEN - Mówisz, że mnie kochasz (Official Video) - YouTube Jak poznać, że ON CIĘ KOCHA? Centrum - Obiecanki-cacanki The Water Fountain - tłumaczenie pl

Żona oznajmiła, że mnie nie kocha - Forum Psychologia - Forum

  1. Beteo - Kocha, nie kocham [8D AUDIO]
  2. AREK KOPACZEWSKI - Ona Kocha Mnie (2017 Official Video ...
  3. RED QUEEN - Mówisz, że mnie kochasz (Official Video) - YouTube
  4. Jak poznać, że ON CIĘ KOCHA?
  5. Centrum - Obiecanki-cacanki
  6. The Water Fountain - tłumaczenie pl

AREK KOPACZEWSKI - Ona Kocha Mnie (2017 Official Video) Ustaw utwór Ona Kocha Mnie zamiast sygnału oczekiwania na połączenie. Wyślij AK29 na numer 80833 (0 z... Powiedziała mi... Że co? Że mnie kocha. Ho ho ho! Powiedziała mi że chce... No i chciała? Jeszcze nie. Powiedziałem jej... Że co? Że jej pragnę. No no no! Obiecała mi że da, zanim ... Piosenka : https://youtu.be/7atV1Gb7cEo Orginał : Alec Benjamin Tekst : Powiedziała, że mnie kocha, przy tamtej fontannie Powiedziała, że mnie kocha, a jego nie ... Ustaw utwór MÓWISZ, ŻE MNIE KOCHASZ zamiast sygnału oczekiwania na połączenie. Wyślij M516 na numer 80833 (0 zł) Abonament: » PLAY - 2 zł « » PLUS - 2,02 z... Our new desktop experience was built to be your music destination. Listen to official albums & more. Jak poznać, że on mnie kocha? To częste pytanie, które dostaję od moich widzek i czytelniczek. Dlatego w tym odcinku wyjaśniam, czy możesz być pewna na 100%, że on Cię kocha?